poniedziałek, 28 lutego 2011

No, to na początek trochę międzymiastowo!

Poznań Party to było coś! Wrocławianki z Wołczyna i Żmigrodu - Wierzba i Klamka wizytowały Poznaniankę z Namysłowa - Kieckę. To był ciekawy pomysł na zakończenie ferii i przygotowanie się na kolejny semestr pseudo-studiowania.

Zaczęło się szalonym czwartkiem: na początek odwiedziny poznańskiej siedziby Urszulandii z hasłem "święta Urszulo, wodzu nasz...!" na ustach i zabłoceniem dywanów, a potem szybka popijawa na Limanowskiego, która zakończyła się wycieczką po klubach. Nie obyło się też (oczywiście) bez pijackich telefonów (np.do Krutina) i telefonicznych wyznań miłosnych: "haha kochamy Cię haha"! Ostatecznie osiadłyśmy na karaoke w Elektrowni (która dopiero następnego dnia okazała się dla mnie gejowskim klubem, wtf? Dlaczego nie zauważyłam takich samych kółeczek i strzałek na ścianach? Dlaczego tamci wszyscy przystojniacy, którzy siedzieli przy stoliku obok...? Nie, że mam coś przeciwko, ale oni naprawdę byli przystojni!) i to nasza święta trójca rozkręciła tamtejszą drętwą (początkowo) imprezę przy pomocy Myslovitz, Dżemu, czy De Mono. Przy okazji obywatelka Kiec, chcąc być miła i dać mi bezinteresownie zapalić papierosa, z gracją przypaliła mi górną wargę, a pewien poznański patriota kłócąc się ze mną w zapiekankowym barze (wracając do domu, poczułyśmy niesamowite poczucie nienasycenia, więc trzeba było je czymś zapełnić) o to czy Wrocław, czy też Poznań jest MegaMiastem, ugryzł mnie w prawą dłoń, ot tak, żeby wyrazić swój brak sympatii do miasta Wrocław, które tak naprawdę wcale nie jest moim miastem, ale dzielnie go broniłam - mimo wszystko. Jest jeszcze ktoś, o kim wypadałoby wspomnieć, pan taksówkarz z taxi nr 20 stojącej pod pewnym drogim hotelem, który nie dość, że zainkasował od nas tylko 12 złotych, to jeszcze dziarsko prowadził z nami  pijackie konwersacje z przymrużeniem oka.

Przyszła kolej na chill-out'owy piątek: obudziłam się otoczona - z jednej strony białogłowa Klamka, z drugiej ruda Kiecka, a przecież to ja miałam spać (i zasnęłam) na brzegu ogromnego łoża z zacnej Ikei. Ponoć jedna z moich nóg (które spoczywały w pozycji cyfry 4) wbijała się w żebra Kiecki, Klamce chyba nic nie robiłam - to ona "grzebiąc sobie w tyłku", a raczej wyciągając sobie z niego majtki we śnie, obmacywała, zewnętrzną częścią dłoni, moje pośladki! Ogólnie na Limano był harmider, bo Kiec - poważny starosta, a raczej starościna grupy, spieszyła na uczelnię oddać indeksy do dziekanatu, co bardzo ją zdenerwowało, biorąc pod uwagę jej stan fizyczny i psychiczny po zeszłonocnej imprezie. Wraz z Klamką dzielnie ją wspierałyśmy, niestety wykładu z TI, na temat - czym jest komputer, nie byłyśmy w stanie ogarnąć i trwał on dla nas całe 15 minut. Udałyśmy się też na poznański rynek (który jest jednakowoż mało urodziwym miejscem, jak na mój gust), aby spełnić jedno z moich marzeń, a mianowicie wstąpić do Domu Vikingów, gdzie 3 lata temu zjadłam najlepsze tiramisu w moim życiu. Niestety, po długich i nieudanych poszukiwaniach, dałyśmy za wygraną i wróciłyśmy do domu na makaron z sosem słodko-kwaśnym. Potem były ploty, do których dołączył się Daniel (współlokator Kiecki, o którym jeszcze nie było mowy) i oglądanie jego zdjęć (Daniel studiuje fotografię, jest dobrym kumplem Suchej - mojej dobrej kumpeli (świat jest mały!) i trenuje MMA, o zgrozo!) Dzień zakończyłyśmy oglądaniem "Incepcji" (dziewczyny stwierdziły, że coś jest ze mną nie tak, skoro film mi się nieszczególnie podobał) i piwkiem. Tym razem sama położyłam się na środku łóżka, żeby później nie było żadnych przepychanek. Jednak najgorszym aspektem soboty było to, że kac Kiecki trwał plus minus 24 godziny!

Nadeszła pora na olewczą sobotę: nasze 'ogarnianie się' trwało do południa, a potem zostało tylko trochę czasu na pakowanie tobołków, makaron z sosem słodko-kwaśnym (ale to już było), słuchanie muzyki (szczególnie Mraza - dowiedziawszy się o jego zaręczynach z niejaką Tristan Prettyman (bleeee...), na pewien czas zaprzestałam słuchania jego muzyki - tak w ramach buntu. Ale niestety, miłości nie da się tak szybko zapomnieć, więc potulnie powróciłam do fascynacji jego muzyką (której tak naprawdę nigdy nie porzuciłam...)) i granie w Scrabble - baaa, oczywiście, że ja wygrałam! A już w granicach 15:00 należało pożegnać się z Kiecką, Poznaniem i powrócić na stare śmieci. To, co zobaczyłam na PKP Zachodnim przeszło moje najśmielsze oczekiwania, oto, przede mną, pojawiła się... Dziumdzia, niczym nimfa wynurzająca się z morskich głębin (dla wyjaśnienia - starościna mojego roku na uczelni, do której wraz z AA (Agnieszką i Adamem - moja grupa wsparcia i doręczyciele newsów) pałamy niesamowicie gorącym uczuciem.) W miejscowości o dziwnej nazwie - Chocicze, nasz zapchany wuchtą wiary (jak to się mawia w Wielkopolsce) pociąg odmówił dalszej jazdy, z powodu braku prądu. Na szczęście (albo i nie), pewna rodzinka z Paragwaju, która zajmowała miejsce nieopodal zabawiała innych 'przedziałowiczów' swojską muzyką graną z cudownego Samsunga Avila (nie, że mam coś do tej marki, bo też jej używam, ale posiadam też sprzęt zwany słuchawkami). Jedyne słowo w języku polskim, które znali to 'kaput?'.

Ponadto, któregoś dnia Klamka została 'okichana' przez pewnego, wyglądało na to, że chorego, przechodnia. Nie powiem, zabawne to było dość!

Tak oto, Mongoły bawiły się w Poznaniu!